niedziela, 3 lutego 2019

Ischgl & Kappl - austriackie kurorty dla wymagających


Sezon 2018/19 chcieliśmy rozpocząć już wypadem sylwestrowym, jednak w listopadowo-grudniowym natłoku spraw nie udało nam się porządnie przysiąść do znalezienia odpowiedniego wyjazdu. Chcieliśmy więc poczekać do marca na wiosenne szusowanie, ale nie wytrzymaliśmy. Już na początku stycznia zatęskniliśmy za nartami tak mocno, że w tydzień udało nam się wybrać miejsce i zarezerwować apartament. Można? Można. Narciarskie wyposzczenie przełożyło się na szybkość procesu decyzyjnego. Wybór padł na Austrię i na od dawna polecany nam rejon gór Silvretta i doliny Paznaun, skupiający miejscowości Ischgl, Kappl, See i Galtür. Ten imponujący masyw górskich dwutysięczników położony jest w Alpach Retyckich, na granicy austriacko-szwajcarskiej i na 100% sprosta wymaganiom najbardziej ambitnych narciarzy i snowboardzistów. 

1. Miasteczka w dolinie Paznaun

Austriacką dolinę Paznaun dzieli od Poznania ok. 9,5-10 godzin jazdy. Już tradycyjnie obraliśmy trasę przez Monachium i Garmisch-Partenkirchen, więc z drobnymi korkami i postojami dotarliśmy na miejsce po 11 godzinach. Z miejscowości położonych w ski rejonie Silvretta najsłynniejsze jest oczywiście Ischgl – bardzo ładne, acz snobistyczne tyrolskie miasteczko, pełne butików, pięciogwiazdkowych hoteli i eleganckich tyrolskich restauracji. To tutaj apres ski możemy zaznać na najwyższym poziomie. Już od wczesnego popołudnia bary są pełne turystów, którzy zakończyli zjazdy i popijają drinki przy deskach lokalnych serów i szynek. Nocą miejscowość też tętni życiem proponując gościom szeroki wachlarz barów i dyskotek, w tym tę pod znaną marką Pacha. Co roku na zakończenie sezonu, odbywa się tu słynny koncert na stoku. Przez ponad dwadzieścia lat tradycji tych koncertów na "Top of the Mountain Ischgl Closing Concerts” gościli już Elton John, Alicia Keys, Robbie Williams, Kylie Minogue i wielu innych. Tym razem 30 kwietnia wystąpi Lenny Kravitz. Koncert dostępny jest w ramach karnetu, więc warto pomyśleć o tym  regionie planując majówkowy wyjazd na zakończenie sezonu, takie wydarzenie na wysokości 2320 m n.p.m. w otoczeniu alpejskich szczytów musi robić niesamowite wrażenie. Za całym tym blichtrem i rozmachem Ischgl stoją dosyć kosmiczne ceny noclegów (baza to ponad 10 000 miejsc, a za 7 noclegów bez śniadań cena za osobę to średnio od kilku do kilkunastu tysięcy złotych). 
Cały rejon ski areny Silvretta połączony jest sprawną siatką skibusów, zatem my zdecydowaliśmy się na rezerwację apartamentu w Kappl. Miejscowość ta jest już znacznie mniejsza i spokojniejsza niż Ischgl. Oprócz typowego, austriackiego, strzelistego kościółka, supermarketu Spar, sklepu i wypożyczalni Intersportu oraz kilku piekarni i restauracji wiele tutaj atrakcji nie znajdziemy:) Mieszkańcy są jednak bardzo przyjaźni, ze wszystkimi się witają sprawiając, że czujesz się jak u siebie. Jak przystało na austriacki styl życia, każdy dom wyglądał jak świeżo odmalowany, wyczyszczony i przygotowany na zimowy sezon. Aż miło było spacerować z przystanku skibusa w takich okolicznościach przyrody (na szczęście sprzęt nosili Panowie:) ). Kappl posiada szeroką bazę noclegową super apartamentów i hoteli w rozsądnych cenach, co w połączeniu z dobrymi dojazdami na stoki sprawia, że mogę śmiało rekomendować to miasteczko jako narciarską bazę wypadową na ski Silvretta.  

2. Silvretta ski arena – trasy Ischgl & Kappl

Ceny karnetów należą do najwyższych z jakimi się spotkaliśmy, ale jak się później okazało Austriacy inwestują sporo w najnowocześniejszą infrastrukturę i rozwiązania sprawiające, że region ten jest najlepszym, w którym byliśmy pod względem liczby i jakości wyciągów. Z ręką na sercu praktycznie każdy wyciąg w Ischgl wyglądał jakby stał tam od najwyżej roku. Większość posiada kopuły, znaczna część podgrzewane fotele (co przy temperaturach dochodzących do niemal -20 było błogosławieństwem). Dużym plusem jest mała liczba gondoli. Wsiadasz na krzesło, zsiadasz i jedziesz (a pamiętamy, jak w Val Gardenie non-stop trzeba było się wypinać i wsiadać na kilkanaście minut do wagoników...). Cena sześciodniowego karnetu Silvretta Ski: 298,50 EUR. Pełen cennik dostępny jest w kalkulatorze na oficjalnej stronie kurortu .
Podczas naszych sześciu dni zjazdowych 4 spędziliśmy w Ischgl, 1 w Kappl i 1 pół na pół w obu miejscowościach. Ski mapy nie zachęcały do odwiedzenia pozostałych dwóch, tj. See i Galtur, zatem zostaliśmy przy naszych pewniakach. Oba miejsca są warte odwiedzenia.

ISCHGL
Ischgl, razem ze szwajcarskim Samnaun, oferuje ponad 45 bardzo nowoczesnych wyciągów i 239 km tras, co przy dostępnej w ośrodku powierzchni zjazdowej daje bardzo gęstą sieć połączeń, w której na początku aż trudno się połapać. Wyciąg na wyciągu, jednak logiczne nazewnictwo i sprytny podział na regiony A, B, C itd. już po pierwszym dniu umożliwia dobre poruszanie się po kurorcie.


Plusem Ischgl, oprócz infrastruktury i wysokogórskich widoków są dobrze przygotowane, ale wymagające trasy. Nie polecam tego ośrodka początkującym – tutaj czasami niebieskie trasy mogłyby być włoskimi czarnymi..:). Czarne trasy w sumie zajmują niemal 50 km, a największe ich skupisko znajdziemy przy najwyższym punkcie Ischgl, szczycie Palinkopf (2864 m n.p.m.). Stamtąd aż miło rozpędzić się na ściankach "21" i "20" wprost pod nasłonecznione wyciągi D1 lub D2. Ciekawą narciarską wyprawą jest też czerwona trasa numer 80, która przeniesie nas do szwajcarskiej części Silvretty (uwaga na ceny przesyłu danych komórkowych, lepiej tutaj wyłączyć transfer). Po dojechaniu do Samnaun czeka na nas kilkadziesiąt sklepów 'duty free', w których dla chętnych w dobrych cenach kupicie kosmetyki czy alkohole. Centralnym punktem Ischgl jest okolica Idalp (2320 m n.p.m.) – to stąd rusza wiele wyciągów, jest sporo knajp oraz snowpark, jest tu bardzo tłoczno, wiele tras się przecina, naprawdę trzeba uważać żeby w kogoś nie wjechać (szczególnie w szczycie sezonu).

KAPPL
Kappl jest o wiele mniejszym kurortem niż Ischgl, oferuje 44 km tras, jednak spędzone tam półtora dnia z pewnością zaliczamy do udanych. W słoneczny dzień, po szybkim dojechaniu ski busem pod gondolę, tuż po 9 rano byliśmy na stoku (dojazd do Ischgl zajmował 20 minut dłużej). Świeży ratrak i wspaniale nasłonecznione zbocze góry sprawiło, że kilka razy pod rząd powtórzyliśmy zjazd z czerwonej "7" i czarnej "8" z najwyższego punktu Kappl (Alblittkopfe, 2 720 m n.p.m.). Idealnie sprofilowana i szeroka czerwona trasa, którą polecamy to "autostrada" numer 9 ze szczytu, później przechodząca w numer "4" i prowadząca w dół pod startową gondolę. Polecam zrobienie tras na raz, nawet najdzielniejszych zabolą nogi:) Kappl na dzień-dwa jest super, później może już się zacząć nudzić bardziej wymagającym wrażeń narciarzom i snowboardzistom.
Podsumowując – jest wiele ośrodków, które musimy odwiedzić, ale Ischgl jest jednym z tych do których mimo chęci odkrywania nowych chciałabym wrócić. Idealnie sprawdził się na mroźną, słoneczną pogodę oferując ciepłe i chroniące przed mrozem wyciągi, na których naprawdę można było się zregenerować. Kurort oferuje solidny pakiet szybkich i wymagających tras – po sześciu dniach można z czystym sumieniem powiedzieć, że "najeździliśmy się". Na trochę nam starczy, chociaż zakończenie sezonu koncertem Kravitza kusi...:)

W kolejnym wpisie knajpy i regionalne tyrolskie specjały, które mieliśmy przyjemność spróbować podczas naszych tradycyjnych przerw w samo południe:)


_____________________________________________________________________________

Na zakończenie...

...jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz pomóc SkiHoliday rosnąć poprzez udostępnienie go znajomym na FB, LIn, czy G+ :-)


poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Włoski pewniak w Dolomitach – Val Gardena

W tym sezonie długo szukaliśmy idealnego miejsca na zimowe narty. Na początku celowaliśmy tradycyjnie w okres sylwestrowy, ale zarówno ceny, jak i warunki pogodowe (tym razem duże opady śniegu, zagrożenie lawinowe i pozamykane wyciągi) nie spełniły naszych wyśrubowanych oczekiwań. Wyjazd przełożyliśmy zatem na wczesny marzec. Południowy Tyrol był stosunkowo oczywistym wyborem biorąc pod uwagę nasz ostatni bardzo udany pobyt w Kronplatz. Jakość tras i przygotowania stoków, świetna pogoda, obłędne dolomickie widoki, pyszne jedzenie i doskonałe wina – to wszystko sprawiło, że zawęziliśmy nasze poszukiwania do tego regionu Włoch. Po krótkim researchu, powróciłam do oferty, którą jakiś czas temu otrzymałam od jednego z czytelników:) Pan Leszek, który organizuje co roku wypady do Val Gardeny (oferta wyjazdów tutaj), i tym razem nie zawiódł i zaproponował pobyt w samym sercu ośrodka, w rezydencji na stoku, w miejscowości Selva di Val Gardena. Zapraszam do pierwszej części recenzji tego kurortu:)

1. Val Gardena - Groden, przed pierwszymi zjazdami

Kurort Val Gardena, położony jest w dobrze znanej wszystkim narciarzom podróżującym w Dolomity prowincji Bolzano, w przyjemnej odległości ok. 10-11 godzin jazdy od Poznania. Na marginesie – na trasie radzimy uważać na radary, nas złapał niemiecki radar jeszcze przed Berlinem...:) Sam ośrodek jest przepięknie położony u podnóża majestatycznego masywu Sella, wokół którego Włosi wymyślili słynną karuzelę narciarską Sella Ronda. Co do liczby tras – Val Gardena jest jednym z kurortów podpiętych pod karnet Dolomiti Superski, dający możliwość zjazdów w 12 ośrodkach, o łącznej sumie 1200 km tras. Sama Val Gardena (Groden) to solidne 175 km tras i niemal 80 wyciągów. Zatem jeżeli ktoś woli rekreacyjne zjazdy to mogłoby się wydawać, że ze spokojem wystarczy zakupić karnet tylko na ten jeden ośrodek. Jednak szczerze rekomenduję wykupić skipass Superski (podczas zjazdów możemy zauważyć ostrzeżenia o zmianie kurortu i końcu ważności karnetu i wjeździe na teren np.: Val di Fassa). Bez Superski Dolomiti nie zrobimy też słynnej Sella Rondy (zaliczamy podczas tej wyprawy aż cztery ośrodki). A cenowa różnica jest naprawdę do zniesienia: 6-dniowy skipass na tereny Val Gardena i sąsiedzki Alpe di Siusi dostępny jest w cenie 273 EUR, natomiast 6 dni z Dolomiti Superski to 294 EUR (ceny dla sezonu wysokiego, który trwa do 17.03). Val Gardena proponuje kilka miejscowości, w których najczęściej kwaterują się wakacyjni przybysze. Najpopularniejsze z nich to Selva Gardena,. S. Cristina i Ortisei (St. Ulrich). My mieliśmy przyjemność mieszkać w renomowanej Selvie - słynącej z najlepszych warunków śniegowych w regionie, usytuowanej w malowniczo położonej dolinie (wys. 1563 m n.p.m.) z widokiem na mój ulubiony, majestatyczny masyw Sella. 

2.  Trasy narciarskie
Jeżeli chodzi o liczbę i profil tras, Val Gardena może pochwalić się samodzielnymi 175 kilometrami zjazdów i raczej w znakomitej większości są to zjazdy średnio-trudne lub trudne. W okolicach Selvy ciężko o przyjemny "naleśnik" do nauki, zatem ośrodek nie jest idealny dla początkujących narciarzy i snowboardzistów. Na stronie www kurortu możemy wyczytać o 475 km połączonych tras narciarskich, ale naprawdę ciężko mi wyśledzić co wchodzi w skład tej liczby...:) Zakładam, że chodzi o ewentualne połączenie Val Gardeny, tras zaliczanych przy okazji robienia Sella Rondy oraz sąsiedzkiego Alpe de Suissi (60 km tras)... Do tego ostatniego kurortu nie dotarliśmy niestety, zniechęceni wizją tułaczki przez miasteczko z pełnym osprzętem do jedynej gondoli prowadzącej na tamtejsze trasy. Szkoda, że Włosi nie zafundowali tutaj bardziej praktycznego połączenia (chyba, że go nie znaleźliśmy?). Generalnie mamy po wyjeździe mieszane odczucia odnośnie wygody i logistyki związanej z przemieszczaniem się wyciągami.. Ciągłe przechodzenie do gondol, często zaliczając przejście przez ulicę (tak, było i skrzyżowanie z samochodami;)), przez bary apres ski (kusiły, żeby w nich zostać;) ) oraz częste wspinaczki schodami, bywały uciążliwe. Na szczęście wszystko to rekompensowały obłędne widoki, które dzięki wspaniałej ekspozycji stoków – bardzo rozłożystych i panoramicznych – dawały ogromną satysfakcję i "radość z jazdy" (nawiązanie sloganu do BMW nieprzypadkowe, po raz kolejny to własnie ta marka luksusowych samochodów była mocno widoczna ze swoją komunikacją BMW xDrive Cup). Do moich ulubionych tras zaliczam trzy:

1) tzw. "Lampę" (czerwona trasa przy wyciągu nr 19 "Sochers") – czyli jedyny oświetlony stok Val Gardeny, idealny na szybki zjazd i szlifowanie narciarskich umiejętności (można śmiało kłaść się na krawędziach:) )
2) La Longia (czerwona, start ze szczytu Seceda) – podobno ma 10,5 km długości (wg Ski Tracks niecałe 8 km...) i zaliczamy ją do najdłuższych zjazdów w całych Dolomitach. Na pewno jest jednym z najatrakcyjniejszych: wiedzie od XXX aż do Ortisei przez płaskowyże, kaniony i iglaste doliny, można przez kilkanaście minut podziwiać krajobrazy, a pod koniec zjechać do jednej z knajp, uczcić przejazd tą wspaniałą trasą:)
3) Trasa z wyciągu numer 8 – szeroooka czerwona nartostrada. Chwilami aż zbyt popularna (=muldy), ale uwielbiam ją ze względu na widoki i usytuowanie na niej trzech super knajpek, w których jedliśmy lunche:)

Na osobny wpis zostawiam Sella Rondę, która budzi wiele kontrowersji, ma swoich zagorzałych fanów i przeciwników. Moim zdaniem zrobienie tej karuzeli jest naprawdę warte "poświęcenia" minimum pół zjazdowego dnia.


Podsumowując, trasy w Val Gardenie są naprawdę warte polecenia i pozwalające wykorzystać w pełni narciarski potencjał. Bardzo dużo (ok. 65%) solidnych, szerokich czerwonych zjazdów z zapierającymi dech widokami, sporo czarnych (jednak żadnej z perspektywami na rekord prędkości...), niewiele niebieskich (co może być też plusem, praktycznie nie spotykaliśmy na trasach w regionie Val Gardena dziecięcych szkółek narciarskich i początkujących adeptów, którzy czasami nieźle kombinują na stoku). Na minus logistyka wyciągowa i brak jasnego nazewnictwa tras (niestety, praktycznie nie są one oznakowane. Ponumerowane są wyciągi, to fakt, ale same trasy czasami ciężko osadzić w realiach, chcąc kierować się ski mapkami).

Do usłyszenia!
_____________________________________________________________________________

Na zakończenie...

...jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz pomóc SkiHoliday rosnąć poprzez udostępnienie go znajomym na FB, czy G+ :-)


sobota, 10 marca 2018

Welcome to Val Gardena!

Dojechaliśmy! Po 11 godzinach (wliczając korek pod Ingolstadt i dwa postoje) włoski kurort Selva Val Gardena powitał nas temperaturą na plusie i padającym śniegiem.... reszta tygodnia zapowiada się na szczęście już bardziej optymistycznie:) W temacie powitań, to zdecydowanie bardziej trafione miał nasz hotel Residence SOEL, który postawił nam przepyszne powitalne bombardino:)


To właśnie Val Gardena jest kolejnym obiektem naszych SkiHoliday'owych zjazdów. Ten południowotyrolski ośrodek słynie z masywu Sella Ronda, włoskich specjałów, cyklicznych turniejów Pucharu Świata i obłędnego nasłonecznienia. Ma 175 kilometrów połączonych karuzelą tras narciarskich, z czego aż 125 kilometrów zaliczamy do tras średnich i trudnych (czerwone i czarne), zatem kurort pewnie będziemy rekomendować bardziej doświadczonym miłośnikom sportów zimowych - ale to się okaże za tydzień:)




Śledźcie nasz wyjazd na FB i Instagramie:)

Do usłyszenia!

Marta


_____________________________________________________________________________

Na zakończenie...

...jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz pomóc SkiHoliday rosnąć poprzez udostępnienie go znajomym na FB, czy G+ :-)




niedziela, 26 lutego 2017

Odkrycie roku, odkrycie dekady, absolutny hit sezonu czyli...

…ELETRYCZNE RĘKAWICE!

TAK! Po latach marznięcia na stokach, po zamartwianiu się czy tym razem do końca zjazdu będę czuć dłonie, po tym jak nie raz nie wiedziałam czy nadal trzymam w rękach kijki, bo tak marzły mi kończyny górne…wreszcie powiedziałam dość! Tuż przed sylwestrowym wyjazdem do Południowego Tyrolu, pomimo optymistycznych prognoz zainwestowałam w solidne, podgrzewane akumulatorowe rękawice. 

Decyzja była dosyć spontaniczna, podjęta na kilka dni przed wyjazdem i tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, nie było więc czasu na szeroki research i zakup online. Postawiłam na sprawdzony asortyment w Ski Team – już nie raz przekonałam się, że pracują tam fachowcy, którzy potrafią odpowiednio doradzić w kwestii doboru sprzętu narciarskiego i pełnego portfolio akcesoriów zimowych. Po sprawdzeniu czy mają w ofercie rękawice, których szukam wsiedliśmy w samochód i po pół godzinie staliśmy przy ladzie. W ofercie były rękawice elektryczne tylko jednej marki – ale za to specjalizującej się w produkcji właśnie odzieży i akcesoriów narciarskich – Ziener. 
fot. ziener.com
Ziener to solidna, niemiecka firma, prosto z północnej Bawarii, co widać po dosyć topornym designie;) Nie jednak o wygląd chodziło w przypadku tego zakupu. Na przymiarce rękawic chodziło mi przede wszystkim o kompleksowe grzanie całej dłoni. Nie tylko jej wnętrza, ale też, co najbardziej istotne, wszystkich palców. I tak się stało. Tuż po odpaleniu elektroniki moje dłonie i palce wypełniło przyjemne ciepło. A było tylko lepiej i goręcej w miarę podkręcania stopnia grzania:)


fot. ziener.com
Ziener Hot Ski Alpine Gloves mają bowiem trzy stopnie grzania: 
1) najsłabszy – świecący na zielono – starczający na 6 godzin jazdy;
2) średniociepły – pomarańczowy – starczający na ok. 4 godziny;
3) bardzo ciepły – czerwony – około 2 godzin w naprawdę solidnym mrozie. 

Nie zastanawiałam się długo i podjęłam decyzję, biorę. Wybór kolorystyczny między bielą a czernią był oczywisty (czarne! rękawic nie można prać, a przy moim użytkowaniu te białe byłyby do wyrzucenia po dwóch wyjazdach;)). Cena – dosyć zaporowa na pierwszy rzut oka – 999 zł. ALE porównując kilka poprzednich inwestycji w niesprawdzające się przy moim marznięciu rękawice, to postanowiłam przełknąć tę kwotę. I co? I było warto! Można powiedzieć, że wreszcie w pełni komfortowo jeździłam w grudniu na nartach. Codziennie włączałam moje Zienery na najniższy, zielony poziom grzania (zupełnie wystarczający, chociaż nie było wielkich mrozów). Starczały na pełny dzień zjazdowy od 9 do 16 z godzinną przerwą w knajpie – czyli ok. 6 godzin, jak obiecywał producent.
Pełna specyfikacja rękawic dostępna na stronie producenta TUTAJ.

Na stoku widziałam jeszcze kilka osób z elektrykami – ciekawe czy tak samo zadowolonych z zakupu jak ja:) Z minusów? Wspomniana już warstwa estetyczna (chociaż chyba i tak mogło być gorzej) oraz brak sznureczków. Koniecznie trzeba je samemu doinstalować, nie wyobrażam sobie, żeby rękawice za takie pieniądze spadły nam z wyciągu…

Podsumowując – jeżeli macie problem z wiecznie zimnymi dłońmi, czujecie się niekomfortowo, zastanawiacie się czy warto zainwestować w podgrzewane rękawice czy jednak żyć bez nich i marznąć na stoku, "bo przecież wytrzymam",  odpowiadam – WARTO! Uwierzcie, że nie było dla mnie nic piękniejszego w tym sezonie narciarskim, niż to że mogłam w pełni oddać się zjazdom, skupieniu na technice i podziwianiu dolomickich widoków, a nie myśleć o tym, że mi zimno w ręce…:)

Udanych zakupów!
Marta

_____________________________________________________________________________

Na zakończenie...

...jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz pomóc SkiHoliday rosnąć poprzez udostępnienie go znajomym na FB, czy G+ :-)





sobota, 11 lutego 2017

Kronplatz cz. 3, czyli kulinarna kraina Ladynów

Dzisiaj zabieramy Was w podróż mniej narciarską, a bardziej kulinarną. Południowy Tyrol zaskoczył nas swoim mocnym charakterem w tej dziedzinie…no i tutejsze specjały…absolutnie zasługują na dodatkowy komentarz z naszej strony. Zaczynamy:)
Południowy Tyrol to doskonałe połączanie kultury włoskiej, niemieckiej i ladyńskiej. Ta ostatnia była dla nas czymś nowym. W restauracjach intrygowało nas określenie „Ladin” przy niektórych potrawach, w gondolkach zastanawialiśmy się, jakim językiem posługują się lokalni narciarze (niemiecki i włoski są nam bardzo bliskie). Jak się okazało rdzenną ludnością, która zamieszkiwała Dolomity są Ladynowie. Językiem ladyńskim posługuje się tutaj wciąż około 30 tys. osób, a elementy kultury ladyńskiej widoczne są chociażby w tutejszym menu, które bardzo przypadło nam do gustu. Kuchnia tego regionu łączy to, co najlepsze w kuchni włoskiej, niemieckiej i ladyńskiej. Domowe, aromatyczne makarony, górskie "mocniejsze" dania prawie zawsze podkręcone speckiem;), a wszystko przygotowywane z lokalnych produktów najlepszej jakości, z poszanowaniem tradycji, ale też pomysłowo i elegancko.

Tydzień to zdecydowanie zbyt mało czasu na dogłębne zapoznanie się z tutejszą kuchnią. Udało nam się jednak wyróżnić kilka perełek, których nie możecie pominąć podczas pierwszej wizyty w tym regionie. Oto one:

Knödel – oczywiście w większości przypadków podawane z lokalnym speckiem. Tutejsze kluseczki występują w wielu różnych wersjach: kluseczki zlepione w duże kule ułożone na aromatycznym sosie z gorgonzoli, małe szpinakowe Spätzle podawane ze speckiem i parmezanem, zatopione w aromatycznym bulionie lub klasyczne Spätzle podawane jako dodatek do idealnego Wienerschnitzla.

Kaiserschmarrn – puszysty omlet cesarski porwany na kawałki, obficie posypany cukrem pudrem i podawany z konfiturą żurawinową. Kusił nas w prawie każdej knajpce:)

Ladin ravioli – delikatne i aromatyczne pierożki, w Ütia da Jù serwowane ze szpinakiem, masłem i parmezanem, zdecydowanie polecamy.

Gulaschsuppe – silny niemiecki akcent w tutejszej kuchni. Gęsta zupa z kawałkami wołowiny, z ziemniakami i warzywami, znajdziecie ją właściwie w każdej knajpie. 

Spiegeleier - jajka sadzone podawane na smażonych ziemniakach i Specku. Zdecydowanie męska pozycja dla sumiennych narciarzy i snowboardzistów

Veneziano i HugoVeneziano czyli znany nam Aperol Spritz i mniej znany drink Hugo, którego receptura opiera się na prosecco, syropie z czarnego bzu i mięcie. Chociaż wieczorami preferowaliśmy lokalne, czerwone wino, to na noworoczny toast wybraliśmy właśnie tutejszą klasykę, czyli Veneziano/Aperol Spritz w uroczej lokalnej kawiarni Prosecco (Bar Caffe Prosecco, Niederrasen, Rasun di Sotto, Am Park loc., 1, 39030 Rasun Anterselva BZ).

i na koniec...
Glühwein - aromatyczne, czerwone, grzane wino z pomarańczą, goździkami, cynamonem ... Pozycja obowiązkowa na każdym świątecznym jarmarku. Mieliśmy przyjemność próbować tutejszego Glühwein na wspaniałym Weihnachtsmarkt w Brunico.



_____________________________________________________________________________

Na zakończenie...

...jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz pomóc SkiHoliday rosnąć poprzez udostępnienie go znajomym na FB, czy G+ :-)




niedziela, 15 stycznia 2017

Kronplatz cz. 2 – na trasach!

Zgodnie z obietnicą – nie musicie długo czekać na relację z tras narciarskich w Kronplatz/Plan de Corones. Szczerze mówiąc mamy tyle materiałów, ciekawostek, porad, wspomnień i zdjęć, że starczyłoby na kilka dodatkowych relacji… ale postaram zmieścić się w pigułce! Tym razem zaproponuję Wam opis tras wraz z szeroko rozumianymi atrakcjami apres ski, a nie jak do tej pory rozdział tych dwóch kwestii na różne reportaże. A to dlatego, że Kronplatz zachwyciło nas swoją knajpowo-pozanarciarską ofertą naturalnie powiązaną tutaj z samymi zjazdami. Zaczynamy!

I. Kronplatz Central Point – szczyt masywu na 2275 m n.p.m. + lewa strona skimapki

Zaczynamy od samego centrum zjazdów, czyli punktu z rzucającym się w oczy ogromnym trzymetrowym i ważącym osiemnaście ton dzwonem "Concordia 2000" postawionym na szczycie w 2003 roku z okazji 25lecia kurortu. Z ciekawostek – dzwon bije codziennie w samo południe, co jest niesamowitym przeżyciem samym w sobie, bo dźwięk jest solidny. Co więcej, dzwon jest symbolem pokoju, ma wygrawerowaną łacińską inskrypcję "Niech Bóg da pokój ludziom", zatem zadzwoni za każdym razem, gdy w Południowym Tyrolu zostanie wydany wyrok o karze śmierci, gdy więzień zostaje ułaskawiony lub gdy rozpocznie/zakończy się wojna. Uff, oby dzwonił tylko ogłaszając godzinę 12:00…
Samo południe na szczycie masywu Kronplatz (2275 m n.p.m.) – bije dzwon Concordia 2000
Powracając do zjazdów – właśnie wokół Concordii, na sporym wypłaszczeniu znajdziemy punkty startowe większości tras. To tutaj też zostaniemy dowiezieni przez wyciągi: Olang, Belvedere, Plateau, Ruis, Kronplatz II, Gipfel i Kronplatz 2000. Generalnie charakterystyczne dla tego kurortu są wszechobecne gondole. W żadnym innym miejscu nie spotkaliśmy aż tak wielu wagoników. Z jednej strony fajnie, bo ciepło i wygodnie, ALE jednak wypinanie nart/snowboardu, dreptanie do bramek i wejścia czasami już grało nam na nerwach i celowo wybieraliśmy trasy z wyciągami krzesełkowymi. Z "twardych danych" mamy 32 wyciągi, z których aż 21 to gondole. Warto dodać, że same wyciągi są super-nowoczesne, w niektórych mamy podgrzewane kanapy, w niektórych dostępne WiFi, w większości zrobione są sprytne otwory w podłodze umożliwiające zablokowanie nart – wszystko na najwyższym poziomie.

Dzień zazwyczaj zaczynaliśmy od świeżo wyratrakowanych stoków trasy numer 6 (niebieska, do krzesła Plateau), którą mogliśmy kontynuować świetną szeroką, czerwoną trasą numer 22 do wyciągu Arndt (uwaga, żeby nie pomylić się i nie zjechać lewą stroną numerem 21 – wówczas zjedziemy na sam dół do najwolniejszej gondoli Olang i czeka nas ponad 20 minut jazdy powrotnej…trafiło się nam, nie polecamy). Możemy później wciągnąć się i raz jeszcze powtórzyć "22" – nie pożałujecie, a po południu z racji nasłonecznienia ta trasa już nie jest taka sama…;).
Dalej zazwyczaj kontynuowaliśmy zjazdy na tej stronie masywu bardzo przyjemnym, niebieskim zjazdem "18" przechodzącym w numer "19" do wyciągu Alpen Connecting (nowoczesna gondola, z WiFi i możliwością rezerwacji wagonika VIP z szampanem i eleganckim wykończeniem wnętrza!). Polecamy też zjazd otwartą w tym sezonie świetną niebieską trasą numer "27" do wyciągu Marchner z przesiadką na szczyt gondolą Belveder.
Kronplatz skimapa: zoom na trasy numer 6, 22 i 18 + knajpki Lorenzi (przy trasie 22) oraz Huber Alm (przy nr 18, do wyciągu Alpen)
Po tej stronie znajdziemy też kilka wartych uwagi knajpek. Zanim przejdziemy do szczegółów na początku wyróżnimy Kronplatz za wydanie obszernej broszury o restauracjach na stoku, z dokładnym opisem charakterystyki dań i konkretnymi wskazówkami dojazdowymi. Książeczka listuje 31 knajp – co wieczór, razem z Martyną siadałyśmy przy kieliszku lokalnego tyrolskiego wina i wybierałyśmy miejscówki na kolejny dzień – zazwyczaj dwie do wyboru. Był to jeden z milszych rytuałów dnia, fajnie że Tyrolczycy pomyśleli, żeby przygotować turystom taki mini-przewodnik :). Wracając do samych lokali, odwiedziliśmy w tym "rejonie" trzy knajpy:
1) Lorenzi Hut – rodzinna restauracja, której właściciel posiada farmę, z której to "bierze składniki" na wszystkie mięsne potrawy. Codziennie rano wypiekany jest tu świeży, domowy chleb, który pięknie pachnie przez resztę dnia. Knajpa ma wyjątkowo szerokie menu, o czym świadczy fakt że zamówiłam tam zupę tajską z kurczakiem (tak soczystego kurczaka nigdy nie jadłam!). Polecamy tu również obfite porcje past i gnocchi (my próbowaliśmy penne z mięsem i szpinakowe gnocchi ze speckiem). 
Lorenzi menu: Zupa tajska 7 EUR, Penne mięsne 9 EUR

2) Huber Alm – knajpa, którą odwiedziliśmy w ostatni dzień zjazdów. Jest schowana z prawej strony trasy numer 18, ale polecamy ją odnaleźć. Oprócz pysznych burgerów i wiener schnitzli  obowiązujących w stałej karcie dań, mają tutaj codziennie zmieniane menu oferujące kilka nowości. Skorzystałam ze świetnego kremu z marchewki podlanego octem balsamicznym. Na szczególne wyróżnienie zasługują desery – najlepsze tiramisu w Kronplatz (naszym subiektywnym zdaniem) i absolutnie obłędne racuszki ricottowe z żurawinowym sosem (niebo!!). 
Huber Alm menu: Burger 10 EUR, Tiramisu 5 EUR, sałatki 8,50 EUR, piwo 5 EUR (0,5l)
3. Geiselsberger Alm – knajpa z pierwszego dnia zjazdowego, wybrana "na oślep" jeszcze bez dokładnego przejrzenia przewodnika po restauracjach. Strzał w dziesiątkę. Bardzo, bardzo duże porcje wiener schnitzli, pyszna zupa gulaszowa i niemniej pyszna zupa "rosołowa" z polentą. Do tego świeże pieczywo (ciemne i jasne) i włoska oliwa z oliwek. Knajpa świetna na mroźniejsze dni, kiedy to trzeba usiąść w środku. Ma naprawdę fajne, designerskie i przestronne wnętrze z dużymi oknami wychodzącymi na widoki górskich szczytów. Bombowo:)


II. Środek skimapy czyli tzw. MORDOR

Nazwa nieprzypadkowa ;) Środek masywu to w ogóle nienasłoneczniona, północna część góry. Z uwagi na tendencję do marznięcia najmniej lubiana przeze mnie i Martynę część regionu… a szkoda bo ma wiele do zaoferowania pod kątem zjazdów!

Na pierwszy rzut oka widzimy tu na skimapie dwie długie, wspaniałe czarne trasy, które w praktyce okazały się naprawdę warte grzechu. Obie są wymagające, jednak posiadają kilka wypłaszczeń, można na nich chwile odpocząć (zjazd numer 1 ma 4,9 km – polecam zjazd bez przerw, kondycyjna rewelacja!). Z uwagi na brak słońca nawet nie braliśmy pod uwagę tutejszych knajp, a jest ich kilka, na samym dole czarnych tras. Być może będąc tutaj w marcu/kwietniu, szukając ochłody ta okolica będzie przyjaźniejsza…;)

III. Prawa strona skimapki – ulubiona "10" i Uccia Bivacco

To tutaj znajdziemy naszą ulubioną trasę – nazywaliśmy ją "ukrytą", bo nawet w godzinach szczytu była pusta i prawie jak po świeżym ratraku. Tak jakby nikt w nią nie skręcał ;). Trasę najłatwiej zlokalizujemy po wyjściu z gondoli Ruis – kierujemy się na niebieską "9", która później przechodzi płynnie w niebieską "29". Początkowa część trasy jest dużo lepsza, szeroka, z przyjemnymi górkami. Warto tutaj zrobić sobie przerwę w zjazdach i zajrzeć do przepięknie położonej knajpy Ucia Bivacco (bardzo polecała ją Laura, właścicielka naszego apartamentu). Menu jest krótkie i bardzo lokalne, zupa gulaszowa, kiełbaski, pasty, knedle, wszystko smaczne i świeże. Widok przepiękny, pełna panorama i świetny klimat samego lokalu położonego trochę na uboczu tras.
Ucia Bivacco

Zjeżdżając przyjemną czerwoną "12" lub wciągając się gondolą Ruis nie sposób nie zauważyć kolejnej knajpy w naszym zestawieniu – nieprzypadkowo nazwanej Panorama. Rzeczywiście widoki z tutejszego tarasu słonecznego zapierają dech. Menu jest dosyć szerokie. Szczególnie polecam zupę ziemniaczaną ze speckiem. Jest tak gęsta, że to praktycznie purre – pyszne i sycące! Panowie poszli w imponujące porcje gulaszu z pieczonymi ziemniakami lub knedlami ze speckiem (tutaj większość potraw jest ze speckiem, czyli lokalną odmianą długo dojrzewającej szynki).
Knajpa "Panorama"
"Panorama" - dania główne
IV. Rejon Piculin
Dalej z tej części kurortu możemy przenieść się do regionu Piculin, skąd już jest blisko do kolejnego południowotyrolskiego kurortu Alta Badia (możliwe połączenie skibussem, w Alta Badia obowiązują osobne skipassy, chyba że kupujecie Superski Dolomiti, obejmujący wszyskie dolomickie ośrodki narciarskie). Żeby dostać się tutaj (i wrócić!) musimy mieć trochę czasu. Na początku należy zjechać trasami 32, 34 i 36 aż do gondoli Skitrans Bronta i przejechać w dół nad miasteczkiem St. Vigil (piękne widoki), a później wznosić się kolejnymi wyciągami już na szczyt Piz de Plaies. W tej części Kronplatz mamy do dyspozycji pojedyncze trasy, więc raczej nie rekomendujemy przeznaczać na zjazdy tutaj dużo czasu. Na uwagę zasługuje czarna "40", która już niebawem będzie gościć najlepsze zawodniczki Pucharu Świata w zjeździe. Jesteśmy ciekawi, jakie Panie Alpejki tu wykręcą czasy… ;)

Co do wrażeń kulinarnych odwiedziliśmy w tym rejonie przyjemną pizzerię Ütia da Jù ze świetnymi pizzami oczywiście, ale nie tylko! Na uwagę zasługują też wspaniałe ravioli z masłem i parmezanem, lokalne tyrolskie jaja sadzone na zasmażanych ziemniakach i boczku (uwaga na kalorie;) ) oraz sycąca zupa gulaszowa. Pycha!
Ütia da Jù - jaja sadzone na zasmażanych ziemniakach i boczku
Ütia da Jù
Podsumowanie

Summa summarum – Kronplatz narciarsko spełnił nasze wysokie wymagania. 120 kilometrów tras, przy założeniu, że są w 100% otwarte naprawdę wystarczą na tydzień solidnych zjazdów. My bez znudzenia i monotonii codziennie robiliśmy tu po 50 km zjazdów (dane z mojej ulubionej appki Ski Tracs). Co więcej, sam Południowy Tyrol absolutnie ujął nas swoją atmosferą, uporządkowaniem, gościnnością, fenomenalną lokalną kuchnią i dbałością o perfekcyjne przygotowanie stoków. Z pewnością tu wrócimy, jeżeli nie do samego Kronplatz to na pewno gdzieś niedaleko – do zaliczenia mamy sąsiednią Alta Badię czy też ciekawy kurort 3 Zinnen Dolomites. Oba mają świetne połączenia z Kronplatz. Do Alta Badii dojedziemy skibusem, natomiast do 3 Zinnen dowiezie nas w 40 minut szybka kolejka górska –  pociąg Pustertal Express. Przejażdżka nim sama w sobie może być przygodą – więcej tutaj: http://www.skipustertal.com/en/). 

_____________________________________________________________________________

Na zakończenie...

...jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz pomóc SkiHoliday rosnąć poprzez udostępnienie go znajomym na FB, czy G+ :-)


sobota, 7 stycznia 2017

Kronplatz, czyli perfekcyjne stoki Południowego Tyrolu

Kogut – symbol Kronplatz/Plan de Corones
Decyzja o spędzeniu kolejnego Sylwestra na nartach była podjęta dosyć spontanicznie i bez ogromnego entuzjazmu ze strony co niektórych uczestników wyjazdu…bo to tłumy na stokach, bo kolejki do wyciągów, śniegu nie ma, a na dodatek to najdroższy okres w którym można się wybrać do zimowego kurortu. Szczęśliwie jednak zdecydowaliśmy się jechać. Wybór po szybkim researchu padł na włoskie Plan de Corones, leżące tuż za granicą z Austrią – stąd znacznie częściej używana jest niemiecka nazwa tego ośrodka – Kronplatz. Tamtejsi mieszkańcy zapewniali o perfekcyjnym przygotowaniu stoków do zjazdów, mimo że ostatni opad zanotowali tam w marcu 2016… Dodatkowo przez pośrednictwo naszego ulubionego biura podróży, udało nam się zarezerwować świetny apartament w rezydencji usytuowanej tuż przy przystanku skibusa… wszystko się zgrało, zatem ruszyliśmy!

I. Dojazd do Kronplatz

Bardzo lubię jeździć do Austrii lub północnych Włoch. Nie tylko w stu procentach odpowiada mi tamtejsza tyrolska atmosfera, wszechobecne uporządkowanie i dbałość o każdy szczegół – dojazd jest po prostu bardzo komfortowy i zajmuje około 10 godzin. Podobnie jak przy naszym ostatnim, kwietniowym wyjeździe do Solden, tak i tutaj mogliśmy wyspać się po świątecznym maratonie i 27 grudnia przed godziną 7 rano ruszyliśmy w kierunku Świecka. Dobrze znana nam trasa przez Berlin, Lipsk, Norymbergę, Ingolstadt, aż do Monachium, dalej Austria z Innsbruckiem i przełęczą Brennen aż do Włoch zajęła nam z przystankami 10,5 godziny. Standardowo najdroższe opłaty ponieśliśmy w Polsce;) Poniżej dokładne koszty przejazdu. W dwie strony, ze wszystkimi tankowaniami i opłatami zapłaciliśmy 1390 zł (przy kursie EUR = 4,45 zł).

II. Zakwaterowanie – Residence*** Appartement's Veider

W okolicach godziny 18 dojechaliśmy pod adres docelowy w miejscowości Niederrasen (wł. Rasun di Sotto). Przy wejściu, na domofonie do apartamentu nr 3 widniało nasze nazwisko – właścicielki nie było, ale pokój był po prostu otwarty, z kluczami w drzwiach;). Zatem zaczęliśmy się wypakowywać, nie było na co czekać! Po chwili pojawił się nasz Host w osobie przemiłej Laury Veider – pokazała nam apartament, wskazała najbliższą piekarnie, sklep i przystanek skibusa, wręczyła cały pakiet informacyjny o regionie Sudtirol, pożyczyła dobrego wieczoru i pobiegła dalej. Apartament był spory (na cztery osoby mieliśmy do dyspozycji około 45 mkw), bardzo czysty, z solidnym wyposażeniem (tv, ręczniki, ściereczki, komplet naczyń, garnków, suszarek do sałat itp.). Na stałe dostępne jest darmowe wi-fi. Na duży plus zaliczamy wymianę ręczników w połowie pobytu. Z drobnych, ale jednak minusów – brak zmywarki i brak suszarki do włosów.
(fot. veider.it)
Co do okolicy: przystanek skibusa jest dosłownie 50 metrów od Apartametów Veider, najbliższy bar o przyjemnej nazwie Prossecco – ok. 150 m, wspaniała pizzeria Willy – 200 m, piekarnia i mniejszy spożywczy – 200 m, a większy SPAR – 500 m. Jednym słowem niczego nam nie brakowało. Zatem jeżeli jedziecie do regionu Kronplatz/Planes de Corones i szukacie optymalnego noclegu, polecamy Apartamenty Veider. Za 6 nocy w szczycie sezonu (Sylwester) zapłaciliśmy (za cztery osoby) 910 EUR + sprzątanie 45 EUR + taxa klimatyczna (obowiązkowa) za cztery osoby 42 EUR. Z pełnym przekonaniem rekomendujemy, więcej informacji tutaj: www.veider.it  


III. Zjazdy w Kronplatz 

Tuż po przyjeździe i zjedzeniu kolacji zabraliśmy się za najprzyjemniejszą część pozostałego nam dnia – planowanie pierwszych zjazdów. Analizując mapkę jesteśmy spokojni – 120 km nartostrad (dokładnie 118,9 km), z czego 52 km niebieskich, 42 kilometry czerwonych i 25 kilometrów czarnych. W sumie 47 tras, z których pomimo posuchy śnieżnej nieczynna była… jedna. Wyciągi chodziły w komplecie (32 szt.) – byliśmy pod wrażeniem.

Rano 28 grudnia rozpoczynaliśmy dni zjazdowe. Pobudka punkt 7 rano, pożywne śniadanie i o 8:28 już byliśmy w skibusie. Dojazd nim zajmował około 12-15 minut, a lądowaliśmy tuż przy dolnej stacji wyciągu Olang, który wywoził nas na sam szczyt masywu Kronplatz (2 275 m n.p.m.) w centralny punkt góry, gdzie miało swój początek wiele tras. Jednak przed wejściem na wyciągi czekał nas zakup skipassów. Kolejny sezon i ceny znowu w górę. Jednak patrząc na ogrom pracy i kosztów, które pochłania sztuczne naśnieżanie wiemy, że pieniądze nie idą tu na marne. Za sześciodniowy skipass w sezonie High zapłaciliśmy od osoby 266 EUR, czyli 15 EUR więcej niż w sezonie 2015 (sezon high:  25.12.2016 - 07.01.2017 oraz 05.02.2017 - 18.03.2017). Pełna tabela kosztów skipassów dostępna na oficjalnej stronie tutaj.
Pierwszy wjazd "Olangiem" (chyba najdłużej jadąca gondola, siedzieliśmy w niej ponad 20 minut) i byliśmy wreszcie gotowi do rozpoczęcia narciarskiej części wyjazdu. Pogoda na cały tydzień zapowiadała się jednostajnie – pełne słońce każdego dnia i temperatury nie spadające poniżej -9. Pierwszy dzień był dosyć wietrzny i pod koniec dnia wywiało nieco sztucznej pokrywy z tras. Jednak Tyrolczycy znani ze swojej pracowitości każdego dnia przygotowywali trasy bez zarzutu. Wizja jazdy w słońcu po świeżym ratraku sprawiała, że codziennie byliśmy przed 9 na górze, w pełni gotowi do szusowania. Wyjątkiem był 1 stycznia, kiedy to po sylwestrowej nocy zanotowaliśmy półgodzinne opóźnienie…;)

O samych trasach i atrakcjach na nich – a jest o czym pisać – w kolejnym wpisie o Kronplatz!:) Do usłyszenia!

Marta

_____________________________________________________________________________

Na zakończenie...

...jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz pomóc SkiHoliday rosnąć poprzez udostępnienie go znajomym na FB, czy G+ :-)

skiholidayblog.pl